Cathy Glass - "Skrzywdzona"
Książka jak dla mnie wstrząsająca. Czytałam i płakałam.
Opisuje prawdziwą historię osmioletniej dziewczynki, okrutnie skrzywdzonej przez najbliższych. Niestety wydarzenia których doświadczyła odcisnely nieodwracalne piętno na psychice dziecka.
Książkę polecam ostrożnie. Tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Ja doznałam szoku i trochę potrwa zanim powrócę do normalności...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychiatra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psychiatra. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 17 września 2017
poniedziałek, 13 lutego 2017
z lektur - Wychowanie zranionego dziecka
Gregory C. Keck
Regina M. Kupecky
"Wychowanie zranionego dziecka"
Regina M. Kupecky
"Wychowanie zranionego dziecka"
Książka ciekawa i dość trudna - bo mówi o czymś przykrym dla rodziców adopcyjnych, czyli o zaburzeniach więzi. Myślę, że powinna być to lektura obowiązkowa dla tych, którzy rozważają adopcję dziecka starszego niż rok. Choć pozostali przyszli rodzice też zdobędą tu ważną wiedzę.
Książka jest osadzona w realiach amerykańskich, jednak temat zaburzeń więzi nie ogranicza się tylko do USA.
Przedstawione w książce są zarówno zachowania dzieci/młodzieży świadczące o problemach, jak i różne sposoby, techniki postępowania w celu uleczenia zranionego dziecka.
Książka ta była specjalnie polecana na naszych warsztatach - ja również uważam że jest to wartościowa lektura.
środa, 1 lutego 2017
Przeszłość dziecka...
Dzieci, które do nas trafiają nie są czystą kartą. Te dzieci mają już swoją historię, a my jako rodzice adopcyjni możemy jedynie pomóc im zmierzyć się z tą historią, z przykrymi doświadczeniami...
Ostatnio rozmawiałam z teściami i zauważyłam, że do nich ten fakt nie dociera. No bo co ja znowu wymyśliłam - jak to żłobek może być zły? Taki maluch niespełna roczny to i tak nic nie rozumie... Jakie traumy? Przecież ten dzieciak i tak nie wie, co się dzieje...
Oj nie będzie z nimi łatwo.
A tymczasem zachęcam do zapoznania się z krótkimi filmami poniżej. Tu akurat mamy przykład starszej dziewczynki, ale w pewnym stopniu myślę, że podobne uczucia dotyczą każdego dziecka adoptowanego.
środa, 9 listopada 2016
RODZINA - ROLA WIĘZI EMOCJONALNYCH - warsztaty
Kolejny etap wtajemniczenia. Z każdymi zajęciami czujemy się coraz bardziej rodzicami adopcyjnymi. Rozmawia się z nami w taki sposób, jakby to już się stało, jakbyśmy już byli udzieciowieni i to tylko kwestia czasu, krótka chwila - i zaraz będziemy wieźli maluszka do domu.
Więzi nawiązują się dzięki wspólnie spędzanemu czasowi, za pomocą dźwięków i bodźców wzrokowych, a przede wszystkim dzięki dotykowi. W przypadku dzieci adoptowanych ten proces przebiega znacznie dłużej. Dzieci te mają już przykre doświadczenia w swoim krótkim życiu, i bardzo często dotyk czy dźwięk głosu dorosłego kojarzy się z cierpieniem, bólem lub strachem.
Trzeba znaleźć sposób na każdego malucha i nasza jest w tym rola. Musimy się otworzyć na potrzeby naszego dziecka, bo nasz adoptuś na początku może reagować w sposób nieprzewidywalny...
Żeby mieć szansę na to wzajemne "oswajanie się" potrzebny jest wspólnie spędzony czas. I roczny macierzyński to absolutne minimum, co możemy dać naszemu dziecku. Jeśli warunki finansowe pozwolą to należy przedłużyć ten czas na maksa - jedno z rodziców niech zrezygnuje z pracy. To zaprocentuje w przyszłości lepszymi relacjami z naszym dzieckiem.
Szczerze to nie wiem czy uda nam się temu sprostać. Przeanalizowaliśmy nasze comiesięczne wydatki i owszem, na jednej pensji pociągniemy "na styk". A co jeśli będzie jakaś niespodziewana sytuacja? Choroba dziecka wymagająca kosztownego leczenia? Poważna awaria któregoś ze sprzętów domowych codziennego użytku? (PS. Właśnie padł jeden z naszych samochodów, najprawdopodobniej na amen, więc przerzuciłam się na dojazdy komunikacją miejską - trzy godziny dziennie w plecy!) Ten temat uważam więc jeszcze za otwarty, do przeanalizowania.
!!! Rada na pierwsze dni spotkania z dzieckiem - nie ubierajmy się na biało! Biały (ewent. jasnoniebieski) kolor kojarzy się dziecku tylko z opieką lekarską, pielęgniarkami, a nie zawsze jest to fajne skojarzenie. No bo przecież taka "piguła" przychodzi po to, żeby zrobić "kuj kuj"... Więc trzeba wrzeszczeć to sobie może pójdzie.
..................................................................................................
Temat, który pojawił się na dzisiejszych zajęciach (do wnikliwszego poczytania)
* RAD - jest syndromem, który można zaobserwować u poszczególnych osób mających problemy z okazywaniem uczuć i tworzeniem trwałych związków. W celu zaspokojenia własnych potrzeb i poczucia bezpieczeństwa, osoby te ufają tylko sobie. Te osoby często mają problemy z własnym sumieniem, nie czują empatii i nie mają prawdziwych uczuć do otaczających ich ludzi i zwierząt.
.................................................................................................
Zaskakuje mnie nieraz, jakie to wyobrażenie na temat adopcji mają niektórzy ludzie. Rozmawiałam wczoraj z zaprzyjaźnionym sąsiadem o naszych planach (nie jest to temat tabu dla nas, jak ktoś chce pogadać, dowiedzieć się, to czemu nie?). Zatkało mnie, kiedy padały pytania:
- "no to kiedy jedziecie do tego sierocińca wybrać sobie dziecko?"
- "a jak coś pójdzie nie tak, to można potem oddać dziecko i wymienić na inne?".
Facet jest dzieciaty więc miałam punkt odniesienia w postaci jego syna. Więc jak zapytałam czy oddałby dziecko, bo coś "poszło nie tak" to szybko zrozumiał, że zadał głupie pytanie... (przynajmniej sprawiał takie wrażenie) Cierpliwie mu wyjaśniałam, co i jak przebiega. Miałam ten komfort, że rozmawiałam z osobą nam życzliwą, więc chętnie słuchał. (Ile z tego zapamiętał to już inna sprawa).
Widzę że nie będzie łatwo...
Tymczasem za nami już 5 warsztatów z 13... Powolutku do przodu.
Więzi nawiązują się dzięki wspólnie spędzanemu czasowi, za pomocą dźwięków i bodźców wzrokowych, a przede wszystkim dzięki dotykowi. W przypadku dzieci adoptowanych ten proces przebiega znacznie dłużej. Dzieci te mają już przykre doświadczenia w swoim krótkim życiu, i bardzo często dotyk czy dźwięk głosu dorosłego kojarzy się z cierpieniem, bólem lub strachem.
Trzeba znaleźć sposób na każdego malucha i nasza jest w tym rola. Musimy się otworzyć na potrzeby naszego dziecka, bo nasz adoptuś na początku może reagować w sposób nieprzewidywalny...
Żeby mieć szansę na to wzajemne "oswajanie się" potrzebny jest wspólnie spędzony czas. I roczny macierzyński to absolutne minimum, co możemy dać naszemu dziecku. Jeśli warunki finansowe pozwolą to należy przedłużyć ten czas na maksa - jedno z rodziców niech zrezygnuje z pracy. To zaprocentuje w przyszłości lepszymi relacjami z naszym dzieckiem.
Szczerze to nie wiem czy uda nam się temu sprostać. Przeanalizowaliśmy nasze comiesięczne wydatki i owszem, na jednej pensji pociągniemy "na styk". A co jeśli będzie jakaś niespodziewana sytuacja? Choroba dziecka wymagająca kosztownego leczenia? Poważna awaria któregoś ze sprzętów domowych codziennego użytku? (PS. Właśnie padł jeden z naszych samochodów, najprawdopodobniej na amen, więc przerzuciłam się na dojazdy komunikacją miejską - trzy godziny dziennie w plecy!) Ten temat uważam więc jeszcze za otwarty, do przeanalizowania.
!!! Rada na pierwsze dni spotkania z dzieckiem - nie ubierajmy się na biało! Biały (ewent. jasnoniebieski) kolor kojarzy się dziecku tylko z opieką lekarską, pielęgniarkami, a nie zawsze jest to fajne skojarzenie. No bo przecież taka "piguła" przychodzi po to, żeby zrobić "kuj kuj"... Więc trzeba wrzeszczeć to sobie może pójdzie.
..................................................................................................
Temat, który pojawił się na dzisiejszych zajęciach (do wnikliwszego poczytania)
* RAD - jest syndromem, który można zaobserwować u poszczególnych osób mających problemy z okazywaniem uczuć i tworzeniem trwałych związków. W celu zaspokojenia własnych potrzeb i poczucia bezpieczeństwa, osoby te ufają tylko sobie. Te osoby często mają problemy z własnym sumieniem, nie czują empatii i nie mają prawdziwych uczuć do otaczających ich ludzi i zwierząt.
.................................................................................................
Zaskakuje mnie nieraz, jakie to wyobrażenie na temat adopcji mają niektórzy ludzie. Rozmawiałam wczoraj z zaprzyjaźnionym sąsiadem o naszych planach (nie jest to temat tabu dla nas, jak ktoś chce pogadać, dowiedzieć się, to czemu nie?). Zatkało mnie, kiedy padały pytania:
- "no to kiedy jedziecie do tego sierocińca wybrać sobie dziecko?"
- "a jak coś pójdzie nie tak, to można potem oddać dziecko i wymienić na inne?".
Facet jest dzieciaty więc miałam punkt odniesienia w postaci jego syna. Więc jak zapytałam czy oddałby dziecko, bo coś "poszło nie tak" to szybko zrozumiał, że zadał głupie pytanie... (przynajmniej sprawiał takie wrażenie) Cierpliwie mu wyjaśniałam, co i jak przebiega. Miałam ten komfort, że rozmawiałam z osobą nam życzliwą, więc chętnie słuchał. (Ile z tego zapamiętał to już inna sprawa).
Widzę że nie będzie łatwo...
Tymczasem za nami już 5 warsztatów z 13... Powolutku do przodu.
piątek, 4 listopada 2016
A gdzie był w tym wszystkim Bóg?
Do napisania tego postu zbieram się już długo.
Jakiś czas temu rozmawiałam z jedną dziewczyną z grupy warsztatowej - której historia rodzicielstwa jest bardzo zbliżona do mojej. Celowo będę tu używać słów Ja, Moje zamiast My, Nasze. Ten wpis jest o tym co Ja czuję i nie konsultowałam tego z Nim...
Przyjęło się w Ośrodku Katolickim, że osoby, które podeszły do zabiegu in vitro, mają zorganizowane dodatkowe spotkanie - sam na sam z księdzem. Nie wiem jaki jest tego cel - jakieś umoralnianie? Nawracanie na "dobrą drogę"? Otóż wspomniana wyżej dziewczyna miała już takie spotkanie, i nie najlepiej je wspomina. Wyszła z tego spotkania mocno rozgoryczona, zdołowana.
W trakcie tej indywidualnej rozmowy z księdzem padło zasadnicze pytanie - Gdzie był w tym wszystkim Bóg?
Przyznam, że moja pierwsza reakcja, jak to usłyszałam, była bardzo nie-katolicka. Szczerze się zdenerwowałam i zapytałam w myślach "a co to księdza k... obchodzi?" Emocji dużo, dobrze że nie miałam okazji powiedzieć tego na głos, do księdza - bo raczej nie wpłynęłoby to pozytywnie na proces naszych kwalifikacji...
Z czasem, kiedy już na spokojnie mogłam sobie przemyśleć niektóre sprawy, moja reakcja zaczęła się zmieniać z agresywnej na spokojną, pokorną. I to nie jest żadna próba przypodobania się komuś. Po prostu potrzebowałam czasu, żeby to przetrawić.
Gdzie był Bóg się pytacie?
Wrócę tutaj myślami do czasów sprzed starań o dziecko. Do czasów sprzed małżeństwa.
Jako młoda dziewczyna, przeżywająca swoje pierwsze uniesienia miłosne przeżyłam szok. Pojawiły się u mnie pierwsze próby "ułożenia sobie życia". Próby te były nieraz nieudane, co wywoływało u mnie poczucie frustracji. Chciałam móc sobie wszystko zaplanować, chciałam mieć wszystko pod kontrolą. Bardzo nerwowo reagowałam na każdy zawalony plan. Nie byłam elastyczna. Jak coś się nie udawało to ryczałam, nie umiałam się odnaleźć w nowej sytuacji...
Mój ówczesny facet zaprowadził mnie do zaprzyjaźnionej pani psycholog. Spotkanie z nią było przede wszystkim mokre... Mokre od moich łez. Wtedy też pojawiły się oskarżenia w moim kierunku. Kiedy się pani przyznałam, że u mnie z wiarą jest trochę na bakier - to tu pani psycholog odnalazła przyczynę mojego złego samopoczucia. Nie chodzi to o wiarę katolicką, ale o wiarę w ogóle - że istnieją rzeczy na które nie mamy wpływu. Że musimy się nauczyć POKORY, jeśli chcemy być szczęśliwi...
I tu jest pies pogrzebany.
Mijały lata, a ja z czasem zapomniałam o tej pokorze. No bo jak to? Przecież mam KONTROLĘ nad swoim życiem. Wszystko co zaplanuję to ma się udać. Po trupach do celu i gra muzyka! Idealna pani domu, idealna żona, idealna businesswoman... No a teraz pora na bycie idealną matką...
I powiem wam, że to dążenie do bycia idealną to żadna przyjemność. Człowiek staje się egocentryczny, nie ogląda się na innych, bo najważniejszy jest mój cel.
Cel kolejny = dziecko. Nie udaje się tak, to spróbujemy innej metody. Znowu nic? To teraz inaczej... I tak człowiek się zafiksował na punkcie zaciążenia...
In vitro było trudną decyzją, ale potraktowałam to jak wyzwanie. Jest ciężko, ale gdzieś tam jest ten nasz CEL, więc zaciskamy zęby i do przodu. I znowu...
Nadal nie było pokory w moim postępowaniu. Nie uświadamiałam sobie, że na niewiele rzeczy mam wpływ. A już na pewno nie mam wpływu na to, czy moje dziecko będzie żyć...
Lekcja była bardzo bolesna. Nadal się uczę pokory - choć jestem pod tym względem tępym uczniem...
Na razie udało mi się zrozumieć jedno. To nie na ciąży mi zależy. Zależy mi na byciu MAMĄ, a to nie ciąża jest tego wyznacznikiem, tylko właśnie dziecko...
Nadal muszę toczyć wewnętrzną walkę. No bo takiego dziecka nie chcę, a bo to mi się nie podoba, no bo chcę żeby było idealnie.
Nadal mi brakuje tej pokory, i szczerze się boję, że czekają mnie kolejne bolesne lekcje...
W tym jest Bóg (albo nazwijcie to sobie Siłą Wyższą, Mocą czy Kosmicznym Pyłem).
W życiu istnieją rzeczy, na które nie mamy wpływu.
Jakiś czas temu rozmawiałam z jedną dziewczyną z grupy warsztatowej - której historia rodzicielstwa jest bardzo zbliżona do mojej. Celowo będę tu używać słów Ja, Moje zamiast My, Nasze. Ten wpis jest o tym co Ja czuję i nie konsultowałam tego z Nim...
Przyjęło się w Ośrodku Katolickim, że osoby, które podeszły do zabiegu in vitro, mają zorganizowane dodatkowe spotkanie - sam na sam z księdzem. Nie wiem jaki jest tego cel - jakieś umoralnianie? Nawracanie na "dobrą drogę"? Otóż wspomniana wyżej dziewczyna miała już takie spotkanie, i nie najlepiej je wspomina. Wyszła z tego spotkania mocno rozgoryczona, zdołowana.
W trakcie tej indywidualnej rozmowy z księdzem padło zasadnicze pytanie - Gdzie był w tym wszystkim Bóg?
Przyznam, że moja pierwsza reakcja, jak to usłyszałam, była bardzo nie-katolicka. Szczerze się zdenerwowałam i zapytałam w myślach "a co to księdza k... obchodzi?" Emocji dużo, dobrze że nie miałam okazji powiedzieć tego na głos, do księdza - bo raczej nie wpłynęłoby to pozytywnie na proces naszych kwalifikacji...
Z czasem, kiedy już na spokojnie mogłam sobie przemyśleć niektóre sprawy, moja reakcja zaczęła się zmieniać z agresywnej na spokojną, pokorną. I to nie jest żadna próba przypodobania się komuś. Po prostu potrzebowałam czasu, żeby to przetrawić.
Gdzie był Bóg się pytacie?
Wrócę tutaj myślami do czasów sprzed starań o dziecko. Do czasów sprzed małżeństwa.
Jako młoda dziewczyna, przeżywająca swoje pierwsze uniesienia miłosne przeżyłam szok. Pojawiły się u mnie pierwsze próby "ułożenia sobie życia". Próby te były nieraz nieudane, co wywoływało u mnie poczucie frustracji. Chciałam móc sobie wszystko zaplanować, chciałam mieć wszystko pod kontrolą. Bardzo nerwowo reagowałam na każdy zawalony plan. Nie byłam elastyczna. Jak coś się nie udawało to ryczałam, nie umiałam się odnaleźć w nowej sytuacji...
Mój ówczesny facet zaprowadził mnie do zaprzyjaźnionej pani psycholog. Spotkanie z nią było przede wszystkim mokre... Mokre od moich łez. Wtedy też pojawiły się oskarżenia w moim kierunku. Kiedy się pani przyznałam, że u mnie z wiarą jest trochę na bakier - to tu pani psycholog odnalazła przyczynę mojego złego samopoczucia. Nie chodzi to o wiarę katolicką, ale o wiarę w ogóle - że istnieją rzeczy na które nie mamy wpływu. Że musimy się nauczyć POKORY, jeśli chcemy być szczęśliwi...
I tu jest pies pogrzebany.
Mijały lata, a ja z czasem zapomniałam o tej pokorze. No bo jak to? Przecież mam KONTROLĘ nad swoim życiem. Wszystko co zaplanuję to ma się udać. Po trupach do celu i gra muzyka! Idealna pani domu, idealna żona, idealna businesswoman... No a teraz pora na bycie idealną matką...
I powiem wam, że to dążenie do bycia idealną to żadna przyjemność. Człowiek staje się egocentryczny, nie ogląda się na innych, bo najważniejszy jest mój cel.
Cel kolejny = dziecko. Nie udaje się tak, to spróbujemy innej metody. Znowu nic? To teraz inaczej... I tak człowiek się zafiksował na punkcie zaciążenia...
In vitro było trudną decyzją, ale potraktowałam to jak wyzwanie. Jest ciężko, ale gdzieś tam jest ten nasz CEL, więc zaciskamy zęby i do przodu. I znowu...
Nadal nie było pokory w moim postępowaniu. Nie uświadamiałam sobie, że na niewiele rzeczy mam wpływ. A już na pewno nie mam wpływu na to, czy moje dziecko będzie żyć...
Lekcja była bardzo bolesna. Nadal się uczę pokory - choć jestem pod tym względem tępym uczniem...
Na razie udało mi się zrozumieć jedno. To nie na ciąży mi zależy. Zależy mi na byciu MAMĄ, a to nie ciąża jest tego wyznacznikiem, tylko właśnie dziecko...
Nadal muszę toczyć wewnętrzną walkę. No bo takiego dziecka nie chcę, a bo to mi się nie podoba, no bo chcę żeby było idealnie.
Nadal mi brakuje tej pokory, i szczerze się boję, że czekają mnie kolejne bolesne lekcje...
W tym jest Bóg (albo nazwijcie to sobie Siłą Wyższą, Mocą czy Kosmicznym Pyłem).
W życiu istnieją rzeczy, na które nie mamy wpływu.
wtorek, 4 października 2016
OD BEZDZIETNOŚCI DO RODZICIELSTWA - warsztaty
Trzecie zajęcia. Dla mnie trudne. Każdy z nas opowiadał, dosyć szczegółowo o swojej walce o dziecko. Tylko my otwarcie mówiliśmy o in vitro (wystąpiliśmy jako ostatni) i przez chwilę myślałam, że jako jedyni z grupy skorzystaliśmy z tej metody. Później, już na korytarzu się okazało, że inna para też ma to za sobą. Być może był ktoś jeszcze, tylko się nie ujawnił - nie wiem.
Nie wiem czy to dobrze, że tak otwarcie o tym mówimy. Może lepiej by było mniej wnikliwie opowiadać swoją historię.
Wiem, że było mi trudno mówić. Głos mi drżał, oczy się zaszkliły - zwłaszcza gdy wspomniałam o naszej stracie ciąży. Czy to oznacza, że jeszcze nie przebolałam straty? Że tego "nie przepracowaliśmy"?
Nasze wystąpienia były też opatrzone własnoręcznymi rysunkami. Ciekawie to wyglądało. Na mojej prezentacji in vitro przedstawiłam jako czołg. Mój mąż przedstawił to jako drabinę opartą o mur. Psychoanalityk by się tu przydał...
Nie wiem czy to dobrze, że tak otwarcie o tym mówimy. Może lepiej by było mniej wnikliwie opowiadać swoją historię.
Wiem, że było mi trudno mówić. Głos mi drżał, oczy się zaszkliły - zwłaszcza gdy wspomniałam o naszej stracie ciąży. Czy to oznacza, że jeszcze nie przebolałam straty? Że tego "nie przepracowaliśmy"?
Nasze wystąpienia były też opatrzone własnoręcznymi rysunkami. Ciekawie to wyglądało. Na mojej prezentacji in vitro przedstawiłam jako czołg. Mój mąż przedstawił to jako drabinę opartą o mur. Psychoanalityk by się tu przydał...
poniedziałek, 4 lipca 2016
Kwalifikacja na warsztaty
Dziś zadzwonił telefon z OA - przeszliśmy pierwszy odsiew i mamy kwalifikację na warsztaty. Zajęcia ruszą najprawdopodobniej we wrześniu.
Dostałam jeszcze ostatnie wytyczne:
1.) Zdzwonić się z rodziną adopcyjną (zaproponowaną przez OA) w sprawie weekendowego wyjazdu. To jest takie coś jakby rekolekcje, ale prowadzone przez osoby świeckie. Będą opowiadać o swoich doświadczeniach związanych z adopcją.
2.) W trakcie warsztatów poprosić o telefon do księdza prowadzącego warsztaty - w celu umówienia się na spotkanie indywidualne.
3.) Z uwagi na mój epizod z depresją w przeszłości, skontaktować się z moim psychiatrą w celu wypisania krótkiej epikryzy (jak przebiegało leczenie, jakie leki brałam, jakie są rokowania).
No i tyle. Czekamy.
Chyba już możemy powolutku kompletować wyprawkę dla dziecka?.. :-)
***
A i się pochwalę. Podpisano ze mną umowę w pracy na rok (do końca czerwca 2017). Hurra!!!
Dostałam jeszcze ostatnie wytyczne:
1.) Zdzwonić się z rodziną adopcyjną (zaproponowaną przez OA) w sprawie weekendowego wyjazdu. To jest takie coś jakby rekolekcje, ale prowadzone przez osoby świeckie. Będą opowiadać o swoich doświadczeniach związanych z adopcją.
2.) W trakcie warsztatów poprosić o telefon do księdza prowadzącego warsztaty - w celu umówienia się na spotkanie indywidualne.
3.) Z uwagi na mój epizod z depresją w przeszłości, skontaktować się z moim psychiatrą w celu wypisania krótkiej epikryzy (jak przebiegało leczenie, jakie leki brałam, jakie są rokowania).
No i tyle. Czekamy.
Chyba już możemy powolutku kompletować wyprawkę dla dziecka?.. :-)
***
A i się pochwalę. Podpisano ze mną umowę w pracy na rok (do końca czerwca 2017). Hurra!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)







